O Bogu, który ciska gnojem w oczy

Napisał

Dość to niepokojące: „Tobiasz […] gdy spał, spadł z gniazda jaskółczego ciepły gnój na jego oczy, i zaniewidział. Pan dopuścił, aby mu się przytrafiło to doświadczenie … „. Nie wiem jak Państwo, ale moja pierwszą reakcją na te słowa Pisma jest jakiś odruch obronny: „Nie, no chyba coś pomylili w tłumaczeniu. Jak to? Pan Bóg posługuje się zdalnie sterowanymi, bezzałogowymi jaskółkami?, do przeprowadzenia ataku na Tobiaszowe oczy?, przy wykorzystaniu broni chemiczno-biologicznej?”

Potem czytam jeszcze raz uważnie i wychodzi mi z tego czytania, że tłumaczenie jest ok i że w grę wchodzi nadzieja. Tobiasz definiuje ją w przelocie jakoś tak: nadzieja = nie zmienić swojej wiary w Niego.

Przekładam sobie tę Tobiaszową historię na ufną modlitwę: „Abba, Tato! Jesteś tam? Jak na moje, to trochę przesadziłeś z tymi jaskółkami i dość ciężko mi to zrozumieć, ale wierzę że sobie jakoś to wszystko lepiej po swojemu wykombinowałeś. I że na koniec będzie wszystko dobrze”.

Jak jest trudno, to trzeba do siebie Julianną z Norwich gadać: „wszystko będzie dobrze…”.

Liturgia Słowa