Abba Włodzimierz z Konigórtka. Odc. 2 – Aby widzieli dobre czyny w nas…

Napisał

Ksiądz Jan Zwierzak, proboszcz parafii pod wezwaniem św. Efrema w Funce, czytał po raz dwunasty artykuł w „Dzienniku charzykowskim”. Pani redaktor, Mariola Buonamorte, opisywała dzieje Katolickiej Szkoły Żeglarzy i Wioślarzy Amatorów, znanej w okolicach jako KSZiWA, działającej nad Jeziorem Charzykowskim od niepamiętnych czasów. I wspominała, że kiedyś to były czasy… Inni wychowawcy, inna młodzież…  A teraz? Nawet nazwa szkoły została zmieniona. Na ŻBIK – Żeglarski British Instytut Kopernika (na marginesie – nawet pomysłodawcy nie widzieli w tym sensu, ale fajny skrót im wyszedł…). Red. Buonamorte zapraszała na obchody 100-lecia Instytutu.

Ksiądz Zwierzak czytał i czytał i myślał i myślał. O tym, w ile dzieł są zaangażowani jego parafianie. O tym, w ilu różnych miejscach pracują i działają jego koledzy. Myślał o obchodach, o rocznicach, o przemówieniach. I o tym, co kiedyś mu powiedział Abba Włodzimierz z Konigórtka. Że… Z rozmyślania wyrwał go… Abba Włodzimierz.

– Proboszczu! Proboszczu! – rozległo się wołanie. W drzwiach proboszczowskiej kuchni stał Abba Włodek, w ręku trzymał pstrągi, świeżo nałowione w Brdzie w Konigórtku. – Pstrągów żem wam trochę przywiózł – uśmiechnął się do Zwierzaka, przemawiając w lokalnym ni to kaszubskim, ni to leśnym, ni to polskim.

– Wchodź pan, panie Włodek… A i za pstrągi dziękuję. Jo… to są pstrągi… jak Pan Bóg przykazał.

– Wyspowiadać się chciałem.

– A zapraszam. A ja właśnie o panu myślałem. Pamięta pan, kiedyś pan powiedział, że my tyle robimy, a nie widać?

– Bo nie widać. W Ewangelii jest jak wół napisane, że my sól, że my światło. I że jak coś robimy, to ma być tak zrobione, żeby ludzie chwalili Ojca w niebie, a nie nas. Za pstrągi ksiądz mi podziękował i powiedział, że fajne. Ale doskonale ksiądz wie, że ja pstrągów nie zrobiłem, ino je złowiłem, a że fajne to dlatego, że urosły jak Pan Bóg przykazał. To tak by chyba musiało być i z naszymi parafiami, i z chórami, i ze szkołami. Żeby Ojca było widać, że to od Niego, a nie od nas. Żeby to Jego chwalić, a nie nas i nie mówić jacy my to wspaniali nie jesteśmy.

– Chyba masz pan rację panie Włodku… – pomyślał proboszcz. Abba Włodzimierz się wyspowiadał, wsiadł na rower i pojechał przez las z powrotem do Konigórtka. A proboszcz Jan zabrał się za pstrągi. Złapał solniczkę i pomyślał, że w tej samej Ewangelii jest i o soli. Że daje smak. Zaczął modlić się półgłosem: – Błogosław panie Włodkowi. Błogosław jego ręce, co nałowiły dziś pstrągów. I jego nogi, coby mu się dobrze przez las wracało. I mi błogosław, jeśli to sprawi Ci radość. I żebym smak miał. I żeby się nauczył, że nie musi mnie być wszędzie pełno, bo soli się niewiele. I że nie liczy się ile robię, ale jak robię. A jeszcze bardziej, kim jestem i jak jestem. Wiesz, tak sobie myślę, czy coś w życiu osoliłem swoją obecnością, czy nadałem czemuś nowy smak, Twój smak… To wiesz tylko Ty.

Pstrąg był przygotowany. Zwierzak wrzucił go do piekarnika, nucąc pod nosem: „My jesteśmy na ziemi światłem Twym…”