Abba Włodziemierz z Konigórtka. Odc. 4 – Ruda Piękna

Napisał

Pewnego dnia przyjechała do Abby Włodzimierza pani Amelka, zwana przez przyjaciół Rudą Piękną. Najczęściej jednak wołano na nią „Pani Dyrektor”. Przewodziła bowiem działaniom wojenno-edukacyjnym w Liceum Ogólnokształcącym im. św. Franciszka w Bachorzu. Dowiedziała się od swoich przyjaciół, że mieszka w Konigórtku pustelnik, którego można się wypytać o sprawy Boże, i że zawsze można go znaleźć, i że czas ma, i że czasami sernikiem poczęstuje, co to mu go dobre ludzie zostawią, z rodzynkami. Sernik. Nie ludzie.

Amelka wysiadła ze swojego forda w okolicach Mylofu i poszła na pieszo przez las. Łatwo było odnaleźć pustelnię Abby Włodka. Ależ tam ludzi było! Baby przychodziły prosić o błogosławieństwo i o radę co to z mężem „pijakiem obwiesiem łachudrą nierobem” zrobić. Chłopy przychodziły do Abby Włodka prosić o błogosławieństwo i radę, co zrobić żeby z „babą własną domową osobistą personalną” (to cytat z jednej z wypowiedzi) wytrzymać i nie pić. Życie.

Abba Włodek słuchał, kawę robił, pstragów ludziom dawał – co to je z Brdy wyławiał – i rady dawał – których mu Pan Bóg, jak się wydawało, nie skąpił. A przede wszystkim się modlił. I ludzie się modlili. Bo Abba Włodek jedno z pomieszczeń chatki na kapliczkę przerobił. Ikona Matki Bożej uśmiechała się do przychodzących, z innych ikon patrzyli na przybyszów św. Franciszek, św. Serafin z Sarowa, męczennicy z Peru – bł. Zbigniew Strzałkowski i bł. Michał Tomaszek, bł. Chiara Luce Badano.

Abba Włodek wiedział, że nie jego rady są najważniejsze. Wiedział, że znakomita większość osób, którego do niego przychodzą, dawno w lesie nie była, nad rzeką nie siedziała, na świeżym powietrzu nie hasała. Dawno się nie modliła, nie posiedziała sobie w ciszy przed ikoną Matki Bożej. I dlatego przeciągał rozmowy ze swoimi przybyszami. Bo w międzyczasie inni, oczekujący, być może po raz pierwszy od długiego czasu znaleźli się sam na sam ze sobą, z Bogiem, ze świętymi, z przyrodą. I czasami to wystarczało. Odpowiedzi na pytania, które przywozili ze sobą do pustelni, znajdowali w oczach Maryi patrzącej na nich z ikony, znajdowali w uśmiechu błogosławionych i świętych.

Amelka, a była nią teraz naprawdę, nie była Panią Dyrektor, nie była Rudą Piękną, była Amelką, była sobą, żadnej roli nie musiała przed nikim odgrywać. Amelka dotarła do pustelni po godzinie spaceru. Właściwie już czuła się lepiej. Ale jeszcze spokojniejsza poczuła się gdy weszła do kapliczki. Popatrzyła na ikonę Matki. Nawet nie zauważyła, że zaczyna się modlić.

„Bo ja tu przyszłam – mówiła Amelka do Matki Bożej – żeby się poradzić. Bo jest taka jedna zołza w szkole”… – zatrzymała się. Jakoś nie pasowało, żeby do Matki Bożej mówić o kimś, że zołza. – „…to znaczy taka jedna moja nauczycielka. Nie wytrzymuję z nią. Zwolnić ją z dwieście razy chciałam. Wkurza mnie. To znaczy, denerwuje. A nie wiem czemu. Nic mi nie robi, a mi gra na nerwach. Młodzież ją lubi, uczy dobrze, wyniki ma wspaniałe. I zawsze miła i uśmiechnięta. No jak tak można… żeby choć raz smutna była. Nie. Ona jest jakaś nienormalna!”

Amelka zauważyła, że się modli. I zaczęła zdawać sobie sprawę z tego co mówi. Zaczęła odkrywać, że tak na prawdę nie wie, dlaczego tak nie lubi swojej podwładnej. Dlaczego traktuje ją jako wroga. Zrobiło jej się głupio.

Do kapliczki wszedł Abba Włodek. Popatrzył na nią i powiedział:

– A witam. Nie wiem jakie pani ma intencje, ale dość ciemno się zaczyna robić, jeśli chce pani sobie tu noc zostać i się modlić, to nie ma problemu, a jak trzeba przez las odprowadzić – to proszę bardzo. Do Mylofu i tak muszę iść.

Amelka odkryła, że spędziła w kapliczce przynajmniej sześć godzin, z czego pewnie z pięć przespała. Chciała coś powiedzieć, ale Abba Włodek dodał:

– Ja nie wiem, z czym pani tu do mnie przyszła. Ale z reguły jest tak, że jak ktoś do mnie przychodzi, to najlepszą radą jest Ewangelia z Niedzieli. Więc ja pani powiem, tak a priori, że najlepszą odpowiedzią na niechęć, na urazy i na nienawiść to modlitwa. Stąd się zaczyna. Niech się pani pomodli za te osoby, co pani w sercu przywiozła tutaj. Chociaż jak mi się zdaje, już się pani pomodliła. Oko za oko i ząb za ząb to nie jest dobre rozwiązanie. Tym bardziej jak nie wiadomo o co chodzi. Miłuj bliźniego swego jak siebie samego a wroga swego jak jeszcze lepszego. Dam pani trochę pstrągów dla tej pani koleżanki, co się tak drażniąco uśmiecha.

Amelkę zamurowało. A Abba Włodek poszedł po pstrągi, nie przyznając się, że słyszał jak pani Amelka przez sen gadała w kaplicy do Matki Bożej: „Ja nie chcę jej nie lubić. Ja nawet nie wiem, dlaczego jej nie lubię. Módl się za nami. Za tę wariatkę zawsze uśmiechniętą też. Ja nie chcę jej nie lubić…”.

LITURGIA SŁOWA