Abba Włodzimierz z Konigórtka, odc. 5 – Kłopoty z Opatrznością

Napisał

Pewnego dnia do Abby Włodzimierza, który przekopywał grządki przy swojej chatce w Konigórtku, przyszła Legendarna i Stereotypowa Paniusia Z Miasta. Widać było, że rzadko po lesie chodzi i że drzew dawno nie widziała.
– Pan jest tym całym Włodzimierzem, co to do niego wszyscy chodzą?
Abba Włodek uśmiechnął się pod nosem i pomyślał, że dzisiejszy dzień nie będzie spokojny.
– No mów pan, czasu nie mam.
Abba Włodek przerwał kopanie.
– Mam na imię Włodzimierz. To się zgadza. Czy wszyscy do mnie przychodzą, to tego to nie wiem. Od czasu do czasu ktoś do mnie zagląda. A tak w ogóle to dzień dobry. I jeśli byłaby pani łaskawa nie miażdżyć swoimi ślicznymi bucikami moich króliczków, to ja byłbym bardzo wdzięczny.
Legendarna i Stereotypowa Paniusia z Miasta podskoczyła. Pod butami nie było żadnych króliczków. Abba Włodek spokojnie dodał:
– Musiała je pani w ziemię wgnieść. A takie ładne były… Niech się pani nie martwi, poradzą sobie. Tylko potem trzeba je będzie czyścić, szorować…
Legendarna i Stereotypowa Paniusia z Miasta nie stała już tak pewnie, jak stała wcześniej. Nie wiedziała co ma myśleć o tej całej scenie. Przyszła wygarnąć Abba Włodzimierzowi co o nim myśli, a on jej o króliczkach. Żarty sobie robi. Nienormalny, czy co? Pomyślała, że ktoś taki jak on nie byłby w stanie przekonać jej męża do czegokolwiek. A w ogóle, co to za traktowanie!
Z Abbą Włodkiem jednak było wszystko w porządku… wiedział, że czasami nie ma innego sposobu na człowieka, jak zaskoczenie, jak nagła zmiana tematu, jak jakieś wariactwo, które wybija z wcześniej przygotowanego rytmu. I wiedział, że czasami zwykły dowcip i żart potrafią przegnać demona napuszenia, demona zbytniej powagi, demona pychy i wyniosłości. Tylko zdrowi duchowo potrafią się z siebie śmiać.
– Co pan sobie w ogóle wyobraża! – wrzasnęła Legendarna i Stereotypowa Paniusia z Miasta.
– Że pewnie sobie pani zaraz stąd pójdzie, nie wiedząc, czy ma do czynienia z wariatem, czy nie.
– A pewnie, że sobie pójdę! Tylko niech mi pan powie, jak pan to zrobił, że namówił mojego męża do takiego szaleństwa?
– A ja nie wiem o co chodzi, proszę pani. – udał zaskoczenie Abba Włodek.
– Przyjechał. Do domu. I mówi, że był w Konigórtku. I że powiedział panu, że nie jest szczęśliwy. Że mu brakuje czegoś. I że pan mu powiedział, że najwięcej szczęścia to jest w dawaniu. I co? I wszystko co było w tym roku przeznaczone na nowe ubrania, wziął i rozdał. Przelał. Wpłacił. Na konta. Ludziom. Jakieś szkoły, fundacje, pomoc, Caritas. Ja to rozumiem, ale żeby na jedną nową sukienkę nie zostawić miejsca w budżecie? „Spróbujemy, zobaczymy co nam z tego wyjdzie”. Tak mówił. I jeszcze, że nie mam się martwić, bo mam w szafie 200 sukienek. I że na pewno zawsze coś do ubrania znajdę. Przecież ja się nie mam w co ubrać!
Abba Włodek uśmiechnął się. Był u niego w zeszłym tygodniu jeden człowiek. I faktycznie, żalił się, że mu ciężko na duszy, że się o wszystko przejmuje, że go zagryza troska o jakieś nieesencjalne sprawy. Abba Włodek zacytował mu fragment z Ewangelii, w którym Pan Jezus mówi, że warto troszczyć się o to co zostanie na zawsze, o królestwo Boże. Bo resztę zeżrą mole. I podpowiedział mu starożytny sposób na wpuszczenie powietrza do życia – jałmużnę. To taki starożytny sposób na to, żeby samego siebie przekonać, że mi nie zabraknie, że nie od tego zależy moje życie, że jest coś więcej, że jest Bóg i Opatrzność.
– I jeszcze się głupio uśmiecha…
Abba Włodek nic nie odpowiedział bo nie zdążył. Jego gość dzikim krokiem zaczęła iść w stronę Mylofu. Abba wiedział, że wróci. Bo ktoś kto 5 km zrobił tylko po to, żeby go opierniczyć za taką błahostkę, na pewno zda sobie kiedyś sprawę z powagi swojej sytuacji. I może zada sobie pytanie czy czasami coś nieistotnego nie zagraciło duszy…
Liturgia Słowa