Abba Włodzimierz z Konigórtka, odc. 6 – Diabelskie gierki

Napisał

Pewnego dnia Abba Włodzimierz stwierdził ze zdumieniem, że zniknął sprzed jego chatki rower. Jego stary, zużyty rower. Nie było go w chatce może przez pół godziny – poszedł bowiem sprawdzić jak się czuje jego stary przyjaciel z Konigórtka, Wiesiek. Wieśka nie zastał, a właściwie zastał. Miał prawie 40 stopni gorączki – zmiana pory roku, zmiana pogody, przeziębienia, grypa… – i spał. Abba Włodek zostawił Wiesia w spokoju i wrócił do swej chatki. Tym bardziej, że rozmowa z żoną Wieśka do najbardziej relaksujących spraw na świecie nie należała. Gdy wrócił – roweru nie było. A przecież w lesie bez roweru ani rusz. Tzn. rusz, ale trwa czasami za długo.
Minęło kilka dni. Włodek pojechał do Chojnic. Wysiadł z autobusu, przespacerował się po Starym Mieście, odwiedzając kośioły: „gimnazjalny” i „farę”. Nie mógł się przestawić na nową nomenklaturę. Dla niego fara zawsze była farą. A nie: „bazyliką mniejszą”. Kościół awansował, ale u niego w głowie – jeszcze nie. Poszedł do sklepu z rowerami i kupił pierwszy lepszy rower, ale taki co wyglądał na krzepki i porządny i obiecywał z wyglądu, że się nie rozleci na leśnych drogach. Trochę się sprzedawca zdziwił, że jego klient płaci tak dziwaczną gotówką – i jakieś drobniaki, i jakieś grube banknoty – alles zusammen do kupy, ale suma wymagana była precyzyjnie skomponowana, co do grosza. Abba Włodek po prostu zaniósł to wszystko co mu ludzie czasami do skrzynki wrzucali. Przechodząc obok jego chatki, chcieli się odwdzięczyć za pstrągi, za grzyby, za jagody, za pomoc wszelaką.
Przygotował rower do jazdy i pojechał na rynek. Usiadł sobie obok fontanny i przyglądał się ciekawie ludziom. Zaczął się Wielki Post, ale na zewnątrz nie było tego widać. No bo i jak miałoby być widać? W popiół ludziska mieli się oblec? W worki jutowe na znak pokuty?
– … jego mać! – zaklął szpetnie jakiś jegomość, jadący na rowerze przez rynek. Straż Miejska wyłoniła się zza zaułka i gotowa była wlepić mandat za jeżdżenie po deptaku. Jegomość to zauważył, reakcja fonetyczna była taka jak powyżej. Zszedł szybko z roweru, usiadł obok Abby Włodka i udawał, że nie jeździł. Rower postawił obok nowiusieńkiego roweru Abby Włodka.
Abba Włodek przypatrywał się scenie, słyszał inwokacje jegomościa. Ciekaw był, czy Straż Miejska coś zrobi, czy nie. Nie zrobiła.
– … [CENZURA WYPOWIEDZI]  ze Straży [CENZURA] Miejskiej. [CENZURA] [CENZURA] [CENZURA] w prawo. To pana rower?
Jegomość skomentował, jak widać powyżej – nie przebierając w środkach, zaistniałą sytuację. A potem wskazał na nowy rower Włodka.
– Który? – odpowiedział pytaniem na pytanie Włodek.
– No ten. – pokazał na nowy, błyszczący jeszcze rower.
– Ten też. Ale i ten na którym pan przyjechał jest mój.
Abba Włodek rozpoznał bowiem w rowerze nieznajomego jegomościa … swój rower!, który kilka dni temu zniknął sprzed chatki w Konigórtku. Jegomość podskoczył jak oparzony, wsiadł na … nowy rower Abby Włodka i zniknął w tempie jazdy na czas w Tour de France. Pomknął pod prąd Młyńską, a potem pewnie skręcił przez Batorego w Strzelecką. Abba Włodek został sam, ze swoim starym, poczciwym, nie gniotsa -nie łamiotsa, rowerem leśnym.
Na początku nie wiedział co myśleć o tej sytuacji. Czy mu się tylko wydawało, że mu rower ukradli? Kim był ten tajemniczy jegomość? Co mu chciał Pan Bóg powiedzieć przez to wszystko? Przypomniał sobie scenę kuszenia Jezusa z Niedzielnej Ewangelii – w sercu każdej pokusy czaiło się to samo – podszept, że trzeba przywłaszczyć sobie coś: jedzenie, plany, karierę, bo nie wiadomo, czy można ufać Panu Bogu. A skoro nie można Mu ufać, to trzeba się jakoś zabezpieczyć, nazbierać, zorganizować życie, zaplanować, bo nie wiadomo, co On wymyśli.
Abba Włodek wykrył w swoim sercu pokusę – zorganizowania pościgu, zemsty. Żeby być pewnym, że złodziej nie wróci, że niczego mu nie zabierze. Pomodlił się:
„Dobry Ojcze. Ufam Tobie. Dałeś mi siłę do nałapania pstrągów, do zbierania grzybów. Ludzie zostawili mi różne ofiary. Dzisiaj mogłem za nie kupić rower, bo odkryłem, że mi stary zabrali. A bez roweru ani rusz, sam wiesz jak wielki jest las, który stworzyłeś. A czasami do Wieśka trzeba pojechać, czasami proboszcz Zwierzak czego potrzebuje. I znowu mi dzisiaj zabrali rower. Ale nowy, kupiony 5 minut temu, z przebiegiem kilometrów równym 800 metrów. Ale mam z powrotem ten stary. Czyli wynika z tego wszystkiego, że dzięki Twoim pstrągom sprezentowaliśmy dzisiaj rower temu jegomościowi. Daj mi widzieć i w tym dar Twojej Opatrzności. Nie pozwól, żeby moje serce zapomniało od Kogo są dary. Dziękuję Ci za stary rower, za nowy rower i za pstrągi”.
Abba Włodek tego się najbardziej obawiał – że się przyzwyczai do Bożych darów – do jedzenia, do pstrągów, do siły, do zdrowia, do roweru. Że przestanie dziękować. Że przywłaszczy sobie wszystko i wszystkich. Że pstrągi, grzyby i twarze przyjaciół przestaną przypominać o Bogu. Wiedział, że to kryje się w sercu każdej pokusy – przeżyć wszystko tylko dla siebie, przywłaszczyć. Diabelska gierka polegała właściwie tylko na jednym – doczepić do wszystkiego nalepkę: „moje/ tak jak jak chcę/ zarezerwowane do prywatnego użytku/ według mojego widzimisię”. Zdemaskowanie tej gierki leżało w sercu każdej walki duchowej.

Liturgia Słowa